Кафе
Из всех, кто был за столиком в кафе,
Где зимним полуднем сад инея блестел,
Остался я один.
Войти туда я мог бы, если б захотел,
И, пальцами в холодной пустоте
Постукивая, тени призывать.
Такой же зимний вечер за стеклом.
Но не войдёт никто.
Горсть пепла,
Присыпанное известью прогнившее пятно -
Не снимут шляпы, весело не скажут:
"Пойдём за водкой!"
Холодного я мрамора касаюсь - и не верю,
Я собственной руки касаюсь - и не верю:
Всё это - есть, происхожу я из того, что происходит...
...На веки вечные они уже закрыты
В последнем слове и в последнем взгляде,
И далеки, как цезарь Валентиниан,
Как, например, владыки массагетов, о ком не знаем вовсе ничего, -
Хотя прошёл лишь год, лишь два или три года.
Могу ещё быть дровосеком в северных лесах,
Могу снять фильм или с трибуны выступать -
О том, о чём не ведали они;
Попробовать плоды на океанских островах
И получить фотопортрет в одежде современной.
Они ж навеки - как портреты в чёрных фраках и жабо
Из монструозного Ларусса.
Но иногда когда вечерняя заря окрасит крыши бедного квартала,
Я в небо засмотрюсь - увижу в облаках
Качающийся столик. Там официант с подносом,
И смотрят на меня они, взрываясь смехом.
Ведь я ещё не знаю, как погибнуть от человеческой руки жестокой.
Они-то знают, о, они отлично знают.
---
Перевод с польского.
---
Оригинал (автор — Чеслав Милош):
Kawiarnia
Z tego stolika w kawiarni,
Gdzie w zimowe południa błyszczał ogród szronu,
Zostałem ja sam.
Mógłbym tam wejść, gdybym chciał,
I bębniąc palcami w zimnej pustce
Przywoływać cienie.
Mgła zimowa na szybie ta sama,
Ale nie wejdzie nikt.
Garstka popiołu,
Plama zgnilizny wapnem przysypana
Nie zdejmie kapelusza, nie powie wesoło:
Chodźmy na wódkę.
Z niedowierzaniem dotykam zimnego marmuru,
Z niedowierzaniem dotykam własnej ręki:
To – jest i ja jestem w dziejących się dziejach,
A oni są zamknięci już na wieki wieków
W ostatnim swoim słowie, w ostatnim spojrzeniu.
I dalecy jak cesarz Walentynian,
Jak wodzowie Massagetów, o których nie wie się nic –
Choć upłynął zaledwie rok, dwa albo trzy lata.
Mogę być jeszcze drwalem w lasach dalekiej północy,
Mogę przemawiać z trybuny albo nakręcić film
Sposobami, na których oni się nie znali.
Mogę doświadczyć smaku owoców z wysp oceanu
I mieć swoją fotografię w stroju z drugiej połowy stulecia.
A oni już na zawsze jak popiersia w żabotach i frakach
Z monstrualnego Larousse’a.
Ale czasami, kiedy wieczorna zorza barwi dachy ubogiej ulicy
I zapatrzę się w niebo – widzę tam, w obłokach,
Zataczający się stolik. Kelner wiruje z tacą,
A oni patrzą na mnie wybuchając śmiechem.
Bo jeszcze nie wiem, jak się ginie z okrutnej ręki człowieka.
Oni wiedzą, oni dobrze wiedzą.